1
2

 

Opowieść o strachu, ludzkiej słabości, próżności, głupocie i obłudzie, ale też opowieść o miłości
i wyjątkowych ludziach, którzy na szczęście istnieją, istnieli i istnieć będą, dając innym nadzieję.
Historia o tolerancji, współczuciu, życzliwości i skutkach wynikających z podejmowania trudnego ryzyka
wspierania słabszych, zwłaszcza w warunkach wojny, dającego nawet przeciętnemu człowiekowi siłę,
władzę i poczucie szczęścia, o jakim większość nie może nawet marzyć.

To książka o uprzedzeniach głupców, o wyznawanych przez nich stereotypach i sentymentach,
pomagających wykluwać się złu, bo tylko bezmyślność pozwala ślepo usprawiedliwiać to zło w oparciu
o pozory, takie jak pokrewieństwo, wspólne pochodzenie, pozycja społeczna, rzekomo właściwy sposób
na życie czy przynależność narodowa, kulturowa i religijna, tak jakby na przykład sam fakt wiary
lub niewiary w istnienie jakiegoś upragnionego przez większość, wyimaginowanego obiektu kultu
mógł mieć znaczenie w ocenie ludzkich czynów i świadczył o wartości człowieka.

Powieść zadedykowana tym wszystkim, „którzy budzą podziw, szacunek i miłość ...”.

(przedmowa do książki)

„Charaktery przedstawione w tej książce wykreowano na podstawie obserwacji rzeczywistości i ludzkich zachowań,
przy czym zmienione zostały imiona i nazwy, mogące wskazywać na jakiekolwiek prawdziwe osoby lub wydarzenia.
Wszelkie skojarzenia z rzeczywistością mogą być tylko przypadkowe. Oczywiście na pewno znajdą się osoby,
które w opisach prezentowanych postaci dostrzegą cechy swojego charakteru, co jest chyba najlepszym dowodem
na zasadność spostrzeżeń, należy jednak przypuszczać, że większość z tych ludzi nigdy tego nie okaże.
Ostatecznie wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy głupkami, błądzącymi w poszukiwaniu światła i nie ma w tym nic
dyskwalifikującego, ale prawdziwy wstręt budzi zimny brak wrażliwości i podłość idiotów, którzy w swojej wyrachowanej
próżności nawet nie przypuszczają, że mogą być idiotami w najgorszym wydaniu.

 

(fragmenty)

***

Do starego ryneczku ruszyłem drogą wyłożoną brukową kostką, pamiętającą chyba jeszcze czasy pierwszej wojny światowej.
Właśnie mijałem pozostałości prawosławnej cerkwi. W ciemnościach widać było w świetle księżyca zarysy starej dzwonnicy
i szerokie, pionowe kamienne płyty albo wąskie kolumienki nagrobków, opisane cyrylicą.
Z drugiej strony drogi mieścił się zarośnięty kirkut, na którym zachowało się kilka starych macew z napisami
w języku hebrajskim. W czasie wojny niemieccy naziści dużo żydowskich płyt nagrobnych zniszczyli, tak jakby same
macewy mogły kopnąć ich jeszcze kiedyś w dupę za to, co zrobili ich właścicielom.
Posługując się więźniami, używali ich do utwardzania dróg.
Znalazłszy się w maleńkim rynku, usiadłem na jednej z drewnianych ławeczek.
Myślałem, że jestem sam, kiedy nagle wyrósł przede mną jak duch człowiek ubrany w elegancki biały golf.
Dopiero w świetle księżyca spostrzegłem jednak, że jego golf mógł być biały, ale bardzo dawno temu. Nosił wyraźne ślady
długotrwałego użytkowania, które sprawiały, że elegancki charakter swetra był niebanalny.
- Panie, poratuj pan, bo suszy niemiłosiernie! - powiedziała zjawa ludzkim głosem. W świetle księżyca zauważyłem
podłużną plamę, biegnącą od szyi do pasa, tak zwany efekt pawia, niestety nie dało się rozróżnić, czy pochodził od śledzia
w śmietanie, czy też od sałatki jarzynowej z przewagą koloru marchewkowego. 
- Zapomniał pan zdjąć krawat - powiedziałem.
Mężczyzna spojrzał na swój golf i odparł bez namysłu:
- Panie! Krawat zawsze pasuje do białego golfa, chyba że też jest biały i nie będę go, kurwa, specjalnie dla pana ściągał.
Zapytaj pan pierwszego lepszego jebanego stylisty, jak się pan nie znasz! A jak też nie będzie wiedział, to skieruj pan
chuja do mnie!
- W zasadzie racja - zgodziłem się i uśmiechnąłem sam do siebie, bo zawsze ceniłem bystrych ludzi z poczuciem humoru.
To cechy deficytowe i zawsze w cenie.
- Zgubił pan dwie dychy - powiedziałem i podałem modnie ubranemu mężczyźnie banknot.

 

***

- Dziękuję ci, Dieter - szepnął Hans.
- Nie dziękuj! Nic nie zrobiłem - warknął nagle wściekle Dieter. - Poza tym nie dla ciebie, tylko z poczucia winy.
Stwierdziłem, że mam okazję oszukać samego siebie, nie ryzykując zbyt wiele. To kolejna niesprawiedliwa diabelska
pokusa, bo jeśli nawet na jakiś czas uchronimy tego twojego człowieka, to pozostali i tak z naszych rąk zginą.
Nie stać mnie na to, żeby zaryzykować wszystko i szatan o tym dobrze wie. Z uporem dalej chce handlować ze mną moją
słabością, choć za cenę życia większość odwagi mu już sprzedałem. On...
- Idź już, kurwa, Dieter! - przerwał mu Hans. - I pozwól mi łaskawie nie myśleć, bo zaraz idę sobie popatrzeć na trupy
naszych wrogów. Sam myśl, co chcesz, tylko nie pierdol mi tu o szatanie. Ten wyimaginowany skurwysyn to świetny
sposób na rozgrzeszenie takich jak ja i ty. Wymyśliliśmy go sobie na własne potrzeby, bo najprościej zasłaniać się siłą
wyższą. Prawda? Dobrze mieć, kurwa, kogoś w zanadrzu, na kogo można by zrzucić odpowiedzialność.
Nie powinien to być oczywiście Bóg, bo jeśli przypadkiem istnieje, to mógłby się kiedyś wkurwić i wtedy gówno
z obiecanej nagrody. Żeby nie zadzierać ze stwórcą, najprościej było wymyślić wrednego szatana.
No co, nie jest tak? Nie jest?
Hans mówił coraz głośniej, budząc żywe zainteresowanie krzątających się przy transporterach żołnierzy.
Dla nich wyglądało to co najmniej dziwnie, kiedy kapral zwracał się podniesionym głosem do sierżanta, który podczas
całego monologu swojego podwładnego pokornie milczał i patrzył w ziemię.
- Albo nie, wiesz co?! - ciągnął z ironią Hans: - Zawołajmy Joppa i popłaczmy sobie nad sobą!
Nastała chwila ciszy, a kiedy Dieter nie reagował, młody kapral mówił dalej:
- Dobrze wiesz, że to nie my trafiliśmy tutaj do piekła, tylko ci nieszczęśni ludzie. My sobie tylko, kurwa, na to ich piekło
patrzymy i ze strachu je współtworzymy. Więc nie płacz nad swoim pieprzonym poczuciem winy, bo ono nie każe
ci umierać. Ci ludzie nie mają tyle szczęścia, co my,  dlatego mi nie pierdol, że cierpisz z powodu jakiegoś, kurwa,
wszechmocnego szatana, który nic by nie znaczył, gdybyś go sobie nie wymyślił. Po co ci szatan? Nie wystarczy ci
wszechmocny Bóg, który na to patrzy? On  wie, że bardzo chcesz być dobry, ale wie też, że twój instynkt przetrwania
ma w dupie moralne dylematy, twoje poczucie winy, twojego szatana i wszystko inne, podobnie jak Gruber,
Schuftiger i Willi mają w dupie tych zabitych, ciebie i ludzi, których się chwilowo nie boją albo na których nie mogą
już zarobić. ...

***

Będąc młodszy miałem sen, czy też trapiącą mnie myśl, co by się stało, gdyby Bóg, na przykład pod postacią nowego
Jezusa, zszedł na ziemię i oznajmił ludziom, że miłość, owszem, jest najważniejsza, ale życie wieczne, raj i nagroda
po śmierci to pic na wodę?
Skoro priorytetem jest miłość sama w sobie, to taka wypowiedź Syna Bożego nie powinna mieć żadnego znaczenia
dla prawdziwego chrześcijanina. Wszystko wskazuje jednak na to, że nowy zbawiciel zawisłby na krzyżu raz jeszcze,
bo uczeni w piśmie sprowadzili religię do prostej zależności i transakcji handlowej:
„Jest nagroda, jest miłość. Nie ma nagrody, to sobie poszukamy innego boga, spełniającego nasze oczekiwania.”

Gdyby nie obietnica życia wiecznego i strach przed konsekwencjami, nikt nie rzuciłby na tacę nawet pięciu groszy i nikomu
nie chciałoby się co niedzielę oglądać tego samego teatru i słuchać rzeczy, których nie sposób rozumieć. ...

***

Aby zrozumieć, trzeba myśleć i stawiać pytania.
Aby uwierzyć, trzeba zrozumieć, zobaczyć i dotknąć.

To nie grzech lecz zaleta, bo ślepa wiara; w cokolwiek lub komukolwiek; ze strachu, za pieniądze, wbrew sobie
lub pod przymusem nie jest żadną wiarą. Jest tylko służeniem silniejszemu, dyktatorowi, despocie, albo szefowi,
który daje zarobić i pobłażliwie pozwala robić się w chuja.
Kiedy się potknie lub straci władzę, przesadnie uprzejmy służący ugodzi go od tyłu.

Sprawa jest banalnie prosta i logiczna.
Będąc Bogiem, ufałbym i szanował tylko tych ludzi, którzy w obliczu niebezpieczeństw doczesnego życia, nie oczekując
nagrody, pomagają ludziom słabszym od siebie i bezradnym, z założeniem, że istnienie lub nieistnienie jakiegoś Boga
nie ma dla nich większego znaczenia.
Widząc taką postawę, miałbym pewność, że kiedy ujawnię swoją ewentualną słabość bycia Bogiem niedoskonałym,
będę potraktowany przez owych szlachetnych ateistów równie życzliwie.

Właśnie tajemnicę przyzwoitych ateistów ujawnił światu Jezus. Pokazał, że największą siłę i potęgę daje „miłość”,
dzięki której człowiek staje się niezniszczalny i może wszystko.
Prawdziwy twardziel i stuprocentowy mężczyzna to wbrew pozorom nie koleś wywijający bronią i pociągający za spust.
Jezus miał odwagę ujawnić tą prawdę i zawisł na krzyżu, zamęczony przez bogobojnych pragmatyków, których słabość obnażył.

Nic więc dziwnego, że Bóg woli się swoim fanom nie pokazywać.


DESING: BRIGHTSIDE